Strona:Żółty krzyż - T.II - Bogowie Germanji (Andrzej Strug).djvu/38

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Bosze przeważnie milczeli, ale od czasu do czasu z kolumny padała odpowiedź.
— Gdzie was zabrali?
— W Argonnach...
— Soissons...
— Verdun...
— Chemin des Dames...
— Verdun...
Madame Angot miała dosyć.
— Merde!!
— Co oni gadają? Co oni gadają? — pytano dookoła.
— I bez ich gadania wiedziałam, co są za jedni. Naciąganie i tyle. Pokazują nam wiecznie samą starzyznę! Po całej Francji ciągają tych samych na pokaz dla głupiego narodu, niby że to wciąż bierzemy jeńców! Merde!...
— Zamknij pani jadaczkę, bo do paki! — Wszystkich pan nie wsadzisz, niedoczekanie pańskie, panie sierżancie! Wszyscy i tak wiedzą, o co idzie...
— Wszystkich nie wsadzę, tylko panią jedną. Marsz za mną! Do komisarjatu!
— Widzicie go? Jeszcze czego?! Odczep się pan, pókim dobra!
— Idź pan lepiej na front, nie tu wojować z babami!
— Byk zatracony...
— Mort aux vaches! Na to z nieba w szalonym rozpędzie runął prze-