Strona:Żółty krzyż - T.II - Bogowie Germanji (Andrzej Strug).djvu/339

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Cóż, niech pan mówi, ale jeżeli to dla pana jest takim dramatem...
— Proszę mi zostawić moje dramaty, to moja rzecz, eo z niemi uczynię. Otóż między innemi oskarża panią pewna wybitna agentka nasza, osoba absolutnego zaufania, przekazana nam przez kontrwywiad brytyjski. Pani ją zna z Berlina, choć nie wiedziała pani, że pozostaje ona w naszej służbie. Ta osoba znajduje się obecnie w Paryżu po ucieczce z pogromu naszej berlińskiej centrali. Dalej, wykradła ona i przywiozła ze sobą dokumenty, obciążające panią w sposób zdecydowany.
— I któż to taki?
— Niejaka pani Lamande, podobno pani bywała nieraz w jej domu na Lutzowstrasse...
— Nie znałam tej pani, nigdy jej nie widziałam na oczy, ani jej domu na Lutzowstrasse. Panie Percin, co za bajki?... Doprawdy że pan jest już śmieszny! Kto się poważy wpierać we mnie podobne rzeczy? Co są warte oskarżenia i dokumenty takiej osoby? Przecież to pryśnie przy pierwszej naszej konfrontacji. Albo jest to najgłupsze i najzwyczajniejsze qui pro quo, czyli bierze mnie ona za kogo innego...
— To niemożliwe, Eva Evard jest znana wszystkim i jest jedyna na świecie!
— A zatem pani... Jak ona się nazywa?
— Pani Lamande.
— Więc chyba jest warjatką, agentką obłąkaną z gorliwości... Albo też... O Boże... Jeżeli wszystko