Strona:Żółty krzyż - T.II - Bogowie Germanji (Andrzej Strug).djvu/338

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Musiała odpędzać z pamięci niezliczone podobieństwa, analogje, wzory obrazów, w których grata lub które widziała kiedykolwiek, bo wszystko już było i powtarzało się po stokroć, zda się, że film zużył i wykorzystał do dna każdą możliwość ludzką i że już nic dla niej nie zostało. Gubiła się w swem doświadczeniu i erudycji, wynurzała się, przedzierała się przez obcy gąszcz i wreszcie znalazła się jakby w pustce — chwila nicości — i ujrzała przed sobą wyraźnie coś niebywałego jeszcze, co było jej własne, jak dziecię z niej zrodzone, raz na zawsze jedyne, niepowtarzalne.
Natychmiast musi śpieszyć do domu i zanotować na paru kartkach bodaj sam rdzeń pomysłu, obawiała się, że zanim zdąży to uchwycić wizja rozwieje się jak przedziwny zapomniany sen.
Posiadła skarb, ogarnęła wymarzone dzieło swoje. Co jej znaczy wroga opinja Paryża, co znaczą warjackie podejrzenia kontrwywiadowców... Co tam senator Guillet-Goudon ze swymi matadorami, co tam złowróżbny kapitan Percin...
Ale ten czekał już na nią w pobliżu Porte Dauphine, spotkali się przed stacją Metro. Eva spojrzała nań swoim promiennym uśmiechem, czuła w tej chwili całą radość życia, była szczęśliwa.
— A więc, pani Evo, łamię słowo dane przyjacielowi i zdradzam jedną z tajemnic armji...
— Ach, niechże pan tego nie czyni! Poco? Ja i tak pana nie posłucham...
— Pani usłucha. Proszę mi dać powiedzieć!