Strona:Żółty krzyż - T.II - Bogowie Germanji (Andrzej Strug).djvu/340

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


co pan mówi jest prawdą, to wygląda to na jakąś podłą intrygę Sittenfelda!
— Prawdopodobnie tak jest, pani Evo, i to jest właśnie najgorsze co panią mogło spotkać!
— Ten nikczemnik ściga mnie aż tu swoją zemstą, ale cóż to za tępe i głupie Niemczydło!... Któż da wiarę podobnym bredniom? I czyż nie jasne, że owa pani Lamande udając, że służy nam, służy wyłącznie Niemcom? Czyż to nie oczywiste nie tylko dla panów „fachowców“ z kontrwywiadu, ale dla każdego rozumnego człowieka?
— To nie jest takie proste, jak się pani wydaje, zaklinam, niech pani nie lekceważy grozy położenia! Pomimo wszelkie słuszne racje i najtrafniejsze hipotezy — niech pani czemprędzej ucieka!
— Więc pan przypuszcza, że sąd francuski wziąłby się na lep ordynarnej intrygi Sittenfelda?
— Intryga bynajmniej nie wydaje mi się ordynarną. Jest ona z pewnością opracowana w każdym szczególe i z niemieckim pedantyzmem zgóry już przewidziała wszystkie pani zaprzeczenia i zarzuty.
— Ależ ta pani bezczelnie kłamie!
— Z pewnością, tylko trzeba jej tego dowieść.
— Ona się zdradzi przy pierwszem mojem pytaniu! Ona nie wytrzyma i załamie się haniebnie na moje pierwsze spojrzenie, tak że każdy pozna, co to za typ!
— Nic podobnego, pani Evo, już Sittenfeld dobrze wiedział co czyni i wiedział kogo nam przysłać. To musi być zbrodniarka mądra, gotowa na