Strona:Żółty krzyż - T.II - Bogowie Germanji (Andrzej Strug).djvu/33

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Kiedy nie dalej jak za parę miesięcy stanie na froncie miljon Amerykanów?
Kiedy głód, nędza i rozpacz toczą nieszczęsne plemię niemieckie?
Kiedy wytrzymać i znieść tego, co jest, już niepodobna?
Z rozpaczy budziła się wiara. Rozumiał każdy i rozumieli wszyscy, że za tym razem muszą zwyciężyć. Innego ratunku niema. Jeszcze raz w rozterce, w udręczeniu duszy, w wyczerpaniu reszty sił trzeba okazać moc wytrwania, trzeba wydobyć ze siebie męstwo. Chwilami zrywał się w masie nawet zapał.
Pewnej nocy, gdy ściśnięte kompanje piechoty, odrabiając swój forsowny etap, brnęły w deszczu i błocie, od czoła kolumny zaczęto wołać — „prawa wolna!’”
W szeregach zagadano, zaszeptano.
— Feldmarszałek!...
— Nasz stary!...
— On sam!...
Od przodu czołowych kompanij pułku zrywały się okrzyki. Bokiem drogi zwolna posuwał się samochód bożyszcza narodu — naczelnego wodza. Po obu stronach na stopniach maszyny stali żołnierze z kagańcami. Mijały go czwórka za czwórką, z pod głębokich hełmów łyskały ku niemu zapatrzone oczy. Głos głęboki, dobroduszny, ojcowski.
— A dokąd to idziecie, chłopcy?