Strona:Żółty krzyż - T.II - Bogowie Germanji (Andrzej Strug).djvu/34

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Do Paryża, Ekscelencjo! — wyrwał się któryś z najmłodszych.
— Nach Paris! Nach Paris!!
Zagrzmiały kompanje w uniesieniu, w zapomnieniu wszystkich trudów, cierpień, zawodów, jakgdyby zamąciły się im czasy.
Tak wołali, idąc w wielkie boje na tej ziemi francuskiej nad Sommą, tak wołali we Flandrji, w Szampanji, pod Verdun.
Tak samo wołali ongiś, pradawno, może przed stu laty, może na jawie, może w obłąkanych snach — gdy po raz pierwszy parli naprzód wiosną tej wojny — w roku tysiąc dziewięćset czternastym.


Dopiero o godzinie trzeciej po południu ukazał się komunikat Ministerstwa Wojny, wyjaśniający zagadkę bombardowania stolicy. Przez pół dnia najprzedniejsi specjaliści armji francuskiej twierdzili jednomyślnie, że pociski idą z powietrza i że absurdem jest przypuszczenie, jakoby mogło istnieć działo, którego efekt sięgałby z linij niemieckich aż do obwodu miasta Paryża.
Dowództwo wojsk lotniczych przeczyło temu kategorycznie. Najgórniejsze osiągalne strefy atmosfery były wolne od aparatów nieprzyjacielskich w tym samym czasie, gdy padały pociski. Lotnicy dokonywali cudów, wznosząc się całemi eskadrami,