Strona:Żółty krzyż - T.II - Bogowie Germanji (Andrzej Strug).djvu/32

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


wizyj, a sześć tysięcy pięćset armat, trzy tysiące siedemset miotaczy min oszczędzą piechocie strat i wyręczą ich w dużej mierze. To była prawda. Jeszcze nigdy w dziejach tej wojny nie miały Niemcy takiej swobody ruchów, gdy odpadła Rosja, gdy zmiażdżona jest Rumunja, a Włochy aż do końca nie dźwigną się po jesiennej klęsce pod Caporetto. I to wszak prawda...
Nieprzyjaciel będzie najzupełniej zaskoczony. Dzięki zabiegom Głównej Kwatery i demonstracyjnie nieukrywanym poczynaniom i przygotowaniom na innym odcinku spodziewa się on natarcia gdzieindziej i tam podciągnięte są jego główne rezerwy. Jedno uderzenie całą siłą niemieckiej żelaznej woli, niemieckiej żelaznej pięści i droga do Paryża będzie otwartą. A Paryż — to zwycięstwo, koniec wojny i... o, słowo nie do wybłagania, nie do wyrozumienia, słowo nie do wiary — pokój...
W pogwarze głosów, w pomroce nocnego marszu w ściśniętych kolumnach wierzący przekonywali sceptyków, młodzi starych. I czem bliżej byli frontu i trzeciej pozycji okopów, od której zaczynała się strefa bojowa i pas koncentracji wszystkich sił ofenzywy, tem bardziej ugruntowywało się jednak w żołnierzach dopuszczenie myśli o ostatecznem zwycięstwie.
Kiedyż, na Boga, miało ono nastąpić, jak nie teraz, w czwartym roku wojny?
Kiedy wydarte i rzucone są w grę ostatnie siły i zasoby narodu, jego ostatnia krew?