Strona:Żółty krzyż - T.II - Bogowie Germanji (Andrzej Strug).djvu/317

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


W godzinach największego przygnębienia zjawiały się momenty jakby ocknienia ze złego snu i wówczas Eva nie tylko ufała w przyszłość, ale mogła nawet śmiać się ze swojej tragedji, która była właściwie jeno komedją z pomyłek. Samo spiętszenie się jej niepowodzeń było oznaką, że chodziło tu jakby o osiągnięcie maximum efektu, zostawionego na sam koniec, gdy „sprawa Evy Evard“ rozbłyśnie wielkim tryumfem prawdy na podziw całemu światu. Tak właśnie ułożyłby tę rzecz zdolny reżyser, ale i w życiu absurd nie może być osią losu człowieka, absurd może tylko odegrać pewną rolę aby ustąpić wreszcie przed logiką, zdrowym sensem.
Budziła się w niej ochota do życia, układała plany na najbliższą przyszłość. Gdy tylko w opinji zajdzie zwrot na jej korzyść i gdy fala „przyjaciół“ wzbierze i toczyć się będzie w kierunku hotelu „Lutetia“, uprzedzi ich w porę i wymknie się z Paryża. Zachowała w pamięci tydzień samotności, spędzony przed wojną w Szwajcarji w samej czeluści gór — w Mürren. Zamieszka w tym samym hotelu, w tym samym pokoju o wielkiem szerokiem oknie, zajmującem całą ścianę. Hotel wisi nad dziką przepaścią, do której dna nie dotrze oko, a po drugiej stronie piętrzą się nagie czarne ściany, porysowane żlebami, szczelinami, strasznemi pionowemi kominami, przez które prą i przeciskają się w fantastycznych skrętach lodowce. Wprost w okno patrzą biały Silberhorn i ponury Czarny Mnich, a ponad tem, gdy podnieść oczy, w górze zasłaniają świat i, wystrze-