Strona:Żółty krzyż - T.II - Bogowie Germanji (Andrzej Strug).djvu/316

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


tor Guillet-Goudon, — czyli chcę powiedzieć, że miała pani ich zbyt wielu, to też waga gatunkowa każdego z nich musiała okazać się przy pierwszej potrzebie zbyt nikłą... Zdarza się to nieraz osobom znakomitym, podziwianym i nadmiernie otoczonym w dniach pomyślności... Ludzie naszej sfery, tej tak zwanej elity społecznej są wraz ze swemi perfumami i kulturą stadem nierównie bardziej wstrętnem, niż ciemny plebs cuchnący brudem, potem i wyziewami „ordinaire’u“ w cenie trzydziestu centimów za litr... Ci przynajmniej czasami zdobywają Bastylję a teraz bez szemrania kładą się pokotem na polach Francji, gdy tamci... Ach, pani Evo!...
W swem tragicznem osamotnieniu powinna była tem bardziej cenić wypróbowaną ofiarną przyjaźń senatora, cóż, kiedy mimo wszystko stał się on dla niej tak nieznośny, że musiała się przed nim wykłamywać, zamykać, a nieraz wprost uciekać. Urościł on sobie prawo do pewnych poufałości, które z dnia na dzień nabierały tendencyj obrzydliwie ewolucyjnych i posuwały się coraz dalej. Minął tydzień od spotkania z kapitanem Pércin a nie dawał on znaku życia, przepełniało to Evę ciężką goryczą, gdyż na niego miała prawo liczyć z całą pewnością. Snać niedoszły z przed pół roku kochanek zdążył w ciągu tego czasu ochłonąć i zobojętnieć tak samo jak ona względem niego — znowu porażka, gdyż nigdy jeszcze nie spotkał jej podobny afront ze strony mężczyzny. Widać i on poszedł za resztą, i jego odstraszyło od niej piętno skandalu.