Strona:Żółty krzyż - T.II - Bogowie Germanji (Andrzej Strug).djvu/318

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


lają w niebo spowite w wiecznej białości szczyty Jungfrau, Mönch i Eiger. Tam odgrodzi się od całego świata, zapomni o wojnie, będzie się wpatrywała w chaos lodów, w nieprzejrzaną pustynię białej śmierci, zagubi się w tajnikach krawędzi, przesmyków skalnych i śnieżnych dolin zawieszonych na wyżynie, kędy nie stąpił jeszcze i nie dostąpi nigdy okuty but i czekan najśmielszego alpinisty. Upoi się lazurem lodowcowych załomów i purpurowym pożarem śniegów o zachodzie słońca a w noc księżycową przeniknie ją dreszcz grozy i ekstazy, gdy cały świat gór powlecze się martwym całunem śmierci. Z piorunowym pogrzmotem w niezliczonych echach załomoce po nocy lawina i wytrąci ją ze snu na długie dumania i zapatrzenie się w zagadkę świata gór. Nadciągną chmury i poczną przewlekać się przez szczeliny, przewalać się przez przełęcze, uczynią z każdego szczytu wyspę na szarem morzu mgieł, ujawnią i ożywią niedostrzegalne, zlewające się w jedno ze wszystkiem iglice, żebra skalne i zręby. Wyżej, niżej, tu i tam w ruchomych i zmiennych postaciach między chmurami jak w oknach i ramach będą się ukazywać i przechodzić ułamki straszliwych spadów, osypisk, grzbietów; wyzębionych jak piły, przesuną się tajemnicze twory kamienne, stojące na graniach, posągi wielkoludów, zamczyska i twierdze nadpowietrzne, baśnie zaskrzepłe w granicie...
Tam odpocznie, opamięta się. Żadnych znajomości, żadnych gazet! Odbędzie kilka wypraw w skały i lody bez żadnego przygodnego towarzystwa,