Strona:Żółty krzyż - T.II - Bogowie Germanji (Andrzej Strug).djvu/299

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


sach systematycznie i codziennie, ten zawsze wszystko wie.
— A co pan hrabia mówi o położeniu na froncie? Kiedy Niemcy tu przyjdą?
— O, te sprawy go nie zajmują, mój hrabicz wysila się tylko, żeby się nie dostać na front. To genjalny dekownik, zdumiewający — bo pomyśl tylko — wymyka im się tak przez całe cztery lata wojny! Na co on już nie chorował! Czem on już nie był! A gdy się wyczerpały wszystkie „plecy“, kruczki i sposoby został przydzielony do jakiegoś mieszanego biura prasowego i niebawem — on, rodowity Francuz — jakimś cudem został angielskim „War Correspondent“ i z dumą nosi na rękawie frencza litery W. C., choć tych panów powszechnie nazywają w armji — waterklozetami. Powiada, że zniesie wszystko, bo zbyt kocha życie.
— A nasza stara banda z „La Rotonde“?
— O, tego już niema! Nic nie zostało z całej bandy, jedni siedzą w Santé, gdzie ich zapakował nasz stary Tigre...
— Tigre?
— No, nasza opatrzność — le premier Flick de France, sam się tak nazwał... Jednem słowem — Clemenceau. Jack Broquet i Benneteau na chwałę Republiki dostali po pięć lat a kilku zginęło na froncie, Joujou-le-Bec, strzelony w krzyż, włóczy nogi na kulach, Anzelmini dogorywa w szpitalu, mały Rouchon stracił wzrok...
— A twój dawny, poeta, wskrzesiciel ody, zwa-