Strona:Żółty krzyż - T.II - Bogowie Germanji (Andrzej Strug).djvu/290

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


trudno mi wyrazić... Nie, tego zupełnie nie można wyrazić!
— Innemi słowy spotkał pana zawód?
— Czyż pani nie widzi, że jest zakochany?
— Majorze! Możnaby jednak nieco subtelniej...
— Ależ oczywiście, że tylko najsubtelniej! Bo inaczej się nie da, kapitanie, trudno i darmo. Wzajemność Evy Evard to dopiero myt!
— Kto to wie...
— Ja wiem, pani Evo!
— Majorze, doprawdy nie uchodzi!
— Kapitanie, nam z panem ujdzie o wiele więcej a nawet już wszystko, bo obaj jesteśmy skreśleni z tych uroczych spraw, poza nawiasem życia, cienie, błąkające się po tym padole. Zato każda kobieta na świecie nazwie pana bohaterem i tyle pan będziesz miał.
— Poco pan to wszystko wygaduje?
— Bo dopiero patrząc na panią czuję całą swoją nędzę! I dawniej nie byłem tak naiwny, żeby się czegoś od pani spodziewać, ale przynajmniej było się człowiekiem — do stu djabłów, miało się obie nogi! Miało się prawo bodaj patrzeć na panią...
— Nikt panu nie broni patrzeć.
— To też patrzę, patrzę, ale jak?... Niczem pies.
Zamilkli. Wiatr od jeziora od dalekich gór zaszumiał w platanach, jedna z gazet na ławce roztworzyła się i zaczęła trzepotać sztywnym przykrym szelestem. Eva wzięła ją, rozprostowała i rzuciła