Strona:Żółty krzyż - T.II - Bogowie Germanji (Andrzej Strug).djvu/289

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


twarzy nie dając mu poznać, że wie o jego kalectwie, przerzuciła się na język niemiecki i zaczęła mówić z ożywieniem o Berlinie, skąd właśnie powraca.
— Pani była w Berlinie? — zdumiał się major — cóż pani tam robiła?
— Co tam ja — ja wiecznie ganiam po świecie, ale co pan porabiał przez te półtora roku? Ciężko panu było w niewoli?
— O tyle, że przez cały czas pobytu bez ustanku ucinano mi nogi po kawałku to prawą, to lewą, oczywiście za każdym razem coraz wyżej, wreszcie stało się to nudne. Z niewoli niemieckiej wysłano mnie do niewoli szwajcarskiej i obecnie jestem internowany jako jeniec Międzynarodowego Czerwonego Krzyża. Poznałem mnóstwo systemów niemieckich protez, niektóre są poprostu genjalne, cóż kiedy wytrzymać w tem niepodobna, to też chodzę po staroświecku, zupełnie bezwstydnie, na szczudłach...
— A więc pani jest naprawdę Evą Evard? To nieprawdopodobne — wyrwał się nagle kapitan Kunert z jakiemś niespodziewanem zdumieniem.
Roześmieli się oboje.
— Dlaczego to pana tak dziwi?
— Bo to jest nieprawdopodobne... W mojem pojęciu pani była zawsze jakimś mytem. Gdy się zna i uwielbia tylko cień pani z ekranu... W tylu postaciach... Ach, jakże ja głupi mogłem nie poznać pani od pierwszego spojrzenia! Nie poznałem, bo nie wyobrażałem sobie, że pani żyje naprawdę, czyli że można panią spotkać... Mówię nonsensy, ale inaczej