Strona:Żółty krzyż - T.II - Bogowie Germanji (Andrzej Strug).djvu/287

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


pochylił się instynktownie, ale nie miał czem i jak podnieść go z ziemi. Major Darbois uczynił wysiłek prostej przyzwoitości, zmusił się i chciał je podjąć, co widząc kapitan natychmiast nadeptał cygaro stopą i zgniótł. Zamilkli.
Z zapamiętałego zapatrzenia się w pogodną, przejrzystą dal jeziora wyrwał ich głos silny, melodyjny i głęboki, dźwięczący uprzejmością, za którą taiła się szczera dobroć. Drgały w nim serdeczne współczucie i smutek, nawet łzy. Major poruszył się niemrawie na ławce, chciał powstać, chwytał za swoje kule i zapomniał nawet zdjąć kapelusza na powitanie. Eva Evard położyła mu rękę na ramieniu ruchem uroczo macierzyńskim i siostrzanym, usiadła obok i patrzała nań z tak ujmującą dobrocią, że kapitan Kunert widząc to uczuł łzy w oczach.
— Tak to spotykamy się znowu na tym świecie, panie Darbois... Rada pana widzę jak zawsze, panie poruczniku... Ale przez ten czas chyba pan dostąpił wyższej szarży?
— Owszem, awansowałem na inwalidę w stopniu zupełnej doskonałości, czyli na sto procent, bo więcej nie można! Zresztą, jeżeli o to idzie, jestem już majorem w stanie absolutnie nieczynnym i dlatego rozkoszuję się obrazem najpiękniejszego jeziora na świecie. Temu też zawdzięczam spotkanie z panią, pamięta pani naszą ostatnią rozmowę u państwa Bonnard...
— Państwo Bonnard...
— Piętnaście, rue du Bac. Madame Bonnard,