Strona:Żółty krzyż - T.II - Bogowie Germanji (Andrzej Strug).djvu/286

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Drogi majorze, czyż pan przypuszczał, że ja nie mówię o pogodzie?
— Dajmy spokój! Dajmy już temu wszystkiemu spokój!
— Czyż nasza przyjaźń miałaby się potknąć o jakiś komunikat z frontu? Przetrwaliśmy już niejedno...
— Ależ teraz pańscy Niemcy dorzynają Francję! To jest pogrom, koniec wojny! A pan się z tego cieszysz, czyż ośmieliłby się pan powiedzieć mi teraz, tutaj, prosto w oczy, że tak nie jest?
— Mógłby pan przemilczeć to swoje przypuszczenie, pocóż zatruwać nasz tak wyjątkowy stosunek? Wszak pan zna moje przekonania?
— Cóż z tem mają wspólnego jakieś nasze przekonania? Pan się radujesz a ja się trapię — pan jesteś Niemcem, ja Francuzem... Wogóle nie powinniśmy się jyli spotykać i wyczyniać głupich eksperymentów...
— Czy pan major chce przez to powiedzieć, że mamy się rozstać?
— Mniemam, że nikomu by to nie zaszkodziło pomimo całej szczytności misji dziejowej, którąśmy sobie uroili na tych lozańskich wywczasach.
— Niech pan nie drwi z rzeczy świętej, do której przecie sam mnie pan przekonał i pociągnął!
— Owszem, przyznaję się, byłem śmieszny. W samem założeniu naszej przyjaźni od samego jej początku tkwił fałsz!
Na te słowa cygaro wypadło z ust kapitana,