Strona:Żółty krzyż - T.II - Bogowie Germanji (Andrzej Strug).djvu/285

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


daniu kataklizmu i beznamiętnem oczekiwaniu końca, nie jest to żadną mądrością, jeno zawodną samoobroną przed udręczeniem. Niepodobna wyłamać się z masy narodu, gdy ten porwany jest przez lawinę dziejów, może nawet nie wolno... Groza wspólnego niebezpieczeństwa, waga krwi wspólnie przelanej, obrona najpotężniejszej wspólnoty jaką jest naród, niosą w sobie nakazy, które przekroczyć może chyba nikczemny samolub lub zaprzaniec — zdrajca. A filozof-mędrzec, który z niezłomną odwagą patrzy w swój czas i widzi przyszłość, której nikt z walczących nie przenika? Mędrzec, jeżeli jest taki, jeżeli się jeszcze w tej epoce uchował, musi się zataić i milczeć, bo jeżeli jest mędrcem, to wie, że póki trwa wojna — głos jego nie będzie wysłuchany, a powtóre zrozumie, że nie godzi się swoją bezsilną prawdą przeszkadzać tym, którzy wypełniają straszliwą rzecz wojny. Gdy zamilknie ostatni strzał nadejdzie czas filozofów...
Przesiedzieli tak już z pół godziny, nie pozostawało nic innego jak wstać i rozejść się w różne strony bez jednego słowa, na zawsze.
Więc kapitan Kunert zmusił się i nie patrząc na towarzysza wybąkał głosem niepewnym:
— Prześliczny mamy dzisiaj dzień.
— O tak! — odpowiedział natychmiast major popędliwie, jakgdyby tylko czekał zaczepki — piękny to dzień, ale nie dla wszystkich! A dla niemieckich patrjotów, dla cesarskiej armji — owszem, owszem — ma pan zupełną słuszność! Winszuję...