Strona:Żółty krzyż - T.II - Bogowie Germanji (Andrzej Strug).djvu/288

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


takie sobie paryskie nic, szalała chcąc panią poznać i ja to byłem właśnie pośrednikiem, a on nawet był przelotnie ministrem w gabinecie Ribot, ot taka zwyczajna małpa z menażerji w Palais Bourbon... Ale to było nasze ostatnie spotkanie przed moim powrotem na front. Przy pożegnaniu ośmieliłem się powiedzieć pani, że z rozkoszą bym zginął, gdyby mi było danem odegrać z panią bodaj jeden obraz, choćby w roli górnika Anzelma z „Pożaru na kopalni Fructidor“...
— Ach, podobne rzeczy mówił mi nie jeden...
— Bardzo wierzę, ale pani odpowiedziała mi, że niech powrócę cały i zdrowy na przyszły urlop, to zobaczymy...
— Ależ pamiętam!... Cóż z tego, pan się nie stawił... I musiałam pana zdradzić...
Kapitan Kunert nie mógł oderwać oczu od przedziwnej gry w tej twarzy, płoche, zalotne półuśmiechy ust i głęboka zaduma w spojrzeniu, a na dnie oczu ten żal... Pod pozorem lekkiego flirtu powitalnego dostrzegł dramat tych dwojga. Poruszył się chcąc odejść.
— Pani Evard, pani pozwoli — pan kapitan Kunert, oficer armji niemieckiej, mój towarzysz niedoli i przyjaciel.
— Witam pana!
Wyciągnęła do niego rękę po przyjacielsku, kapitan zmieszany promiennem spojrzeniem pięknej pani zapomniał się i podał jej swój nieszczęsny kikut.
Eva dotknęła go palcami i ani jednem drgnięciem