Strona:Żółty krzyż - T.II - Bogowie Germanji (Andrzej Strug).djvu/282

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


lizmem społecznym, na to ani kapitan ani major nie byli jeszcze przygotowani — pomimo łaskawego zaproszenia ze strony znakomitego pisarza, żeby zechcieli odwiedzać go częściej, nie pokazali się więcej. Snuli dalej samodzielnie swoje samodziałowe dociekania i proroctwa, obywając się bez autorytetów. Zaczęli nawet opracowywać wspólnie broszurę propagandową z niemałym mozołem, gdyż obaj byli w równej mierze niepiśmienni.
Kapitan Kunert zapatrzył się w błękitno szarą dal jeziora, odpoczywał. Całą istotą swoją wchłaniał urok tego poranka po trzech dniach i trzech nocach cierpienia. Ulga po szarpiących bólach w głowie, w krzyżu, we wnętrznościach, w nogach i w rękach, nawet w obu nieistniejących już nazawsze, przed rokiem odjętych dłoniach i palcach... Nareszcie wydobył się z poniżenia długich męczarni na światłość dnia i znowu chce żyć. Ocknienie się jasnej myśli po ohydnem zatruciu morfiną zdawało mu się najwyższem szczęściem, dostępnem dla człowieka — na tę chwilę zapomniał zeszczętem o swojem straszliwem kalectwie... Uśmiechał się, wraz z bólem opuściła go jakaś tajemna najcięższa troska, ustał śmiertelny o coś niepokój wiedział niezłomnie, że przesiliła się w jego losach cała niedola i już nie może wrócić...
Uśmiechał się. Już się nie bronił więcej przed dawnem opętaniem. Cóż że rozum, że sumienie nakazują sądzić niezłomnie i powściągać pustą radość? Snać są rzeczy potężniejsze nad rozum i sumienie