Strona:Żółty krzyż - T.II - Bogowie Germanji (Andrzej Strug).djvu/281

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


granatów, w łyskaniu nożów. Ich kraje, ich życie, ich istota ludzka odgrodzone były żelazną zaporą.
Pokrótce zżyli się ze sobą w trybie nader prostym, jakoś po żołniersku. W rozmowach nie unikali rzeczy drażliwych, często się kłócili, parę razy zrywali stosunki, ale nazajutrz się godzili. Rozmawiali wyłącznie o wojnie i o nowym ustroju świata, który winien nastąpić po jej zakończeniu. Miała to być ostatnia wojna w dziejach ludzkości, pozostawało tylko zbudować pokój na ziemi. Układali nową mapę, Europy i jej stany zjednoczone, detronizowali monarchów, obmyślali statuty i konstytucje, marzyli. Prześcigali się w zohydzaniu rzezi światowej, wyzbyli się przesądów narodowych i żyli przyszłością, nie zaprzątając się zbytnio wydarzeniami na linji bojowej. Nie opuszczali wyżyn szczytnej filozofji, a jeden pilnował drugiego.
Tak spędzili szereg miesięcy w braterstwie, wspomagali się nawzajem, doglądali się w uporczywych niedomaganiach, które przynieśli z frontu. Swojego czasu złożyli wizytę apostołowi zgody i pokoju, autorowi „Au dessus de la melée“, który rezydował w Genewie. Major Darbois uwielbiał go za „Jean Christophe’a“, kapitan Kunert wielbił go tembardziej, że bohater dziewięciotomowego eposu był Niemcem, idealnem uosobieniem ducha i kultury tego prawdziwego rdzenia narodu niemieckiego, który tai się pod twardą skorupą wilhelmizmu, junkierstwa i prusactwa. Romain Rolland przyjął ich najuprzejmiej, ale przeraził obu swoim chorobliwym radyka-