Strona:Żółty krzyż - T.II - Bogowie Germanji (Andrzej Strug).djvu/280

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


kich modłów i błagań z tej i z tamtej strony nie przekroczył swej niebiańskiej neutralności...
Należy pożegnać mądrą, opartą na faktach doktrynę, pełną otuchy dla przyszłego wiecznego pokoju świata, a ukutą tu na tej samej ławce wspólnie z drogim nieprzyjacielskim majorem. Ciężko będzie wyrzec jej się choćby bodaj dlatego, że w jej narodzinach poza dużą pracą i drobiazgową analizą wszystkich czynników i momentów tych czterech lat tkwi głęboka symbolika, niemal mistyczna, z którą zżyły się serca obu wrogich wojowników.
Obaj przeszli piekło trzech lat wojny, rany, niewolę, mękę sal operacyjnych aż wreszcie jako nieuleczalni inwalidzi uzyskali prawo na wyjazd do kraju neutralnego na pobyt do końca działań wojennych. Obaj wybrali Szwajcarję a w niej miasto Lozannę — obaj wreszcie zostali ranni i wzięci do niewoli pod Verdun... Obaj mieli za sobą chlubną zasługę bojową i wysokie odznaczenia za męstwo, obaj nieśli kiedyś w sercach szaleństwo walki i nienawiści do wroga. Tu — zetknąwszy się przypadkowo zaprzyjaźnili się odrazu, choć napozór wszystko ich od siebie odtrącało. Pociągnęła ich ku sobie ciekawość. Niemiec dla Francuza, Francuz dla Niemca był w tych czasach mytem, zjawiskiem fantastycznem, pojmowano się nawzajem jeno jako cel dla strzału, wyliczany teoretycznie, niedostrzegalny, a spotykano się oko w oko jedynie w momencie ataku i starcia wręcz, w ciasnocie zdobywanych okopów, w huku i dymie