Strona:Żółty krzyż - T.II - Bogowie Germanji (Andrzej Strug).djvu/27

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


sy pordzewiałych, ośniedziałych łusk po wystrzelonych pociskach, zdruzgotane armaty, rozsadzone jaszcze, wrosłe w ziemię pokręcone samochody, opuszczone furgony ze szkieletami padłych koni u dyszla.
Wszędzie poniewierają się zbutwiałe rzemienie, ładownice, tornistry, strzępy podkutych butów żołnierskich, szmaty i łachy porzuconej przegniłej odzieży.
Gdzieniegdzie trup zapomniany napróżno domaga się grobu w świętej ziemi okropnem spojrzeniem bezdennych oczodołów w nagiej czaszce, podziurawionej przez kule. Co krok — to kopiec, obrośnięty zeschłemi badylami, rozległy spłaszczony kurhan z usypanej ziemi z wyniosłym pochyłym krzyżem z deską, gdzie czas starł napis i cyfrę, które niegdyś mówiły ilu poległych, czyich i jakich wrzucono tu do dołu w pośpiechu odwrotu lub natarcia.
Dalej idą przestrzenie kraju, które ominęła pożoga bitew. Nie było tam ruin, zniszczenia, mogił. Stały nienaruszone miasteczka, wsie, farmy, ocalały drogi, mosty, drzewa. Ale martwo słały się pola zdziczałe, kędy od roku, od dwóch, trzech lat nie wychodzili oracze ani siewcy. Niezmierna kraina odbieżona od ludzi, wygnanych przez wojnę precz, na poniewierkę, na zatracenie...
A dalej znów z nowym nawrotem na ziemi przerytej pociskami zwaliska murów, sterczące kominy, potrzaskane, obłamane, opalone martwe drzewa, zasieki, rowy, barykady, oplątane drutem kol-