Strona:Żółty krzyż - T.II - Bogowie Germanji (Andrzej Strug).djvu/267

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


zbrodni zbliżał się ostateczny wyrok. Z potwornego napiętrzenia codziennych faktów, niezliczonych, zapomnianych, wyłaniało się zimne i nieomylne widmo, które, zastępując oszalałych ludzi, liczyło i pamiętało każdy miniony dzień.
O tej porze nikt nie znał ani własnych sił, ani przeciwnika. Pomieszały się kunsztowne wyliczenia sztabowych rachmistrzów, którzy w ciągu lat mozolili się nad wykradzeniem z chaosu życia, z chaosu wojny wyraźnej cyfry, jasnej odpowiedzi na pytanie — jak długo starczy jeszcze żywej siły narodu, ilu żołnierzy, bohaterów, ile dywizyj da się jeszcze wycisnąć na mięso armatnie? Niezbite, zimne kolumny cyfr mącił szary żołnierz nieznany, obalał je bezimienny niewiadomy, uciemiężony i do końca posłuszny człowiek z masy, albowiem w każdym z nich tkwił okruch globalnej cyfry, każdy niósł w swojej znękanej duszy, w strudzonem ciele zaledwie ułamek żołnierza i resztkę wytrzymałości. W tej wojnie cyfr przeciwko cyfrom ani po tej ani po tamtej stronie nikt nie znał i nie zdołał odkryć tajemniczego „X“, niematerjalnej, nieobliczalnej wartości, tej mistycznej poprawki, które taiły się w każdym starym żołnierzu i w każdym nowym, powoływanym pod broń. Brak było na to metody i oceny w ścisłej, wszechogarniającej wiedzy, w niezawodnej matematyce wojny. Każdy wódz miał na zawołanie raport ścisłych cyfr, które roztrząsały i sumowały wszystko, temi cyframi myślał i sądził, na nich opierał swoje plany i odgadywał możliwości przeciwnika, na nich budował