Strona:Żółty krzyż - T.II - Bogowie Germanji (Andrzej Strug).djvu/268

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


zwycięstwo — ale o tej porze były one martwe i nie wyrażały nic z tego, co było prawdą. Zawodziła rachuba oparta na oficjalnej literze cyfry, pełnej wewnętrznego fałszu, ludzie kierujący wojną teraz o jej schyłku wchodzili w mgłę...

Generał Foch, postawiony na czele wszystkich sił zbrojnych koalicji, drżał patrząc na mapę frontu, rozwieszoną w olbrzymiej starożytnej komnacie na zamku Bombon. Drżał generał Pétain, rozpaczliwie zgadując zamiary nieprzyjaciela, i pchał na podejrzane odcinki frontu swoje ostatnie rezerwy. Drżał marszałek Douglas Haig, przeglądając „ordre de bataille“ sił brytyjskich i licząc szczątki swojej armji. Zwycięstwo przechylało się na stronę Niemiec — niech uderzą jeszcze raz...
Nie uderzali.
W wielu punktach zagmatwanej linji frontu wabiły ich miejsca słabe, tu i owdzie ziały nieosłonięte luki. Nastręczały się olbrzymie rozstrzygające zadania strategiczne, osiągnięcie morza, marsz na Paryż czekały na zwycięzcę, licząc ostatnie godziny swych możliwości. Gdyby ruszyć jeszcze dziś, można przełamać ostatni opór przeciwnika, zgnieść, rozproszyć jego ostatnie siły i zwyciężyć — dokonać cudu — zakończyć wojnę. Ale jutro będzie zapóźno.
Cisza i spokój na stanowiskach niemieckich... Niepodobna rzucić rozkazu — naprzód! Zawiodła olbrzymia, sprawna, pierwsza na świecie niemiecka machina wojny. Wystrzelały amunicję armaty, zużyły