Strona:Żółty krzyż - T.II - Bogowie Germanji (Andrzej Strug).djvu/262

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


krótkie, są groźne, gdyż nasz drogi chory stara się mnie oszukać wszelkiemi sposobami, co się zresztą nie udaje, i wówczas szuka sojuszników u lekarzy, a nawet wśród pielęgniarek. Raz wymknął mi się, ale wiedziałem gdzie go szukać — znalazłem go w miejscowem biurze pocztowem. Ten stary łobuz czekał na połączenie telefoniczne z Berlinem. Ha — ha! Nigdy się tak dobrze nie bawiłem, wydaje mi się, że siedzę na beczce z prochem, dokoła której mój kochany przyjaciel krąży nieustannie z zapaloną głownią. Niemniej proszę być zupełnie spokojną, w każdym razie dam sobie z nim radę... Nawet w najgorszym razie... Ale tymczasem proszę nie mówić nikomu, że pani wyjeżdża... Nikomu!
Ogarniała ją tęsknota za wiosną na słodkiej ziemi francuskiej, za ukochanym Paryżem. To miasto było jedyną jej ojczyzną, tam miała prawdziwych przyjaciół, tam zdobyła sławę. Brak jej było słodyczy tamtejszego powietrza i melodji mowy francuskiej, potężnego rytmu i oddechu stolicy świata, znajomych twarzy, znajomych ulic.
Pocóż, goniąc za przelotnem zachceniem, rzuciła ten kraj? Żeby zobaczyć jak wygląda wojna po tamtej stronie frontu? Zażyć przygód i niebezpieczeństwa, spróbować swoich sił na śliskiej drodze intrygi wojennej? Może poto, żeby spotkać swojego bolszewika? A może tylko poto, żeby tu zginąć zanic, marnie i śmiesznie i zostawić swoje imię w rocznikach tej wojny, dla koalicji opromienione bohaterstwem, które nie miało miejsca, dla Niemców ska-