Strona:Żółty krzyż - T.II - Bogowie Germanji (Andrzej Strug).djvu/261

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


niał się on w napady strachu. Wyglądała przez okno i naraz ulica stawała się wrogą, wszyscy przechodnie z Behrenstrasse, którzy nic o niej nie wiedzieli, gotowi byli na pierwszy znak stłoczyć się u bramy hotelu Windsor i wśród tumultu i wrzasków zażądać jej głowy. W uprzejmym, uniżonym uśmiechu pokojowej widziała obłudę i zdradę. Portjer zdawał się wiedzieć o wszystkiem. Nawet wśród odwiedzających ją panów odróżniała zatajonych wrogów, nasłańców Sittenfelda. Conajmniej raz do nocy z zawikłanych nie do zapamiętania snów wynurzał się strach, budził ją i dręczył już na jawie, szeptał, groził, naglił do pośpiechu... Uciekaj! Uciekaj!
Była na wyjezdnem i czekała tylko wiadomości od Abbegglena, gdyż zapewnił ją, że osobiście odstawi ją całą i zdrową na terytorjum Szwajcarji bez żadnych oficjalnych zezwoleń i wiz, które w tych czasach, przed nową ofensywą były wogóle zawodne, a przede wszystkiem niepotrzebnie zwróciłyby na nią uwagę. Sprawa van Trothena była najosobliwszą na świecie. Sittenfeld knuł coś nad wyraz misternie i poczciwiec Abbegglen potrzebował około tygodnia czasu na zorjentowanie się w położeniu, a zresztą siedział w Zehlendorfie nie opuszczając ani na chwilę przyjaciela i pilnując, by ten nie puścił się na jakiś kawał, który odrazu zgubiłby wszystko.
— Kochany szef jest w fazie początkowej, najostrzejszej i męczy się bardzo, gdyż przeważnie przebywa w stanie zupełnej świadomości i dręczy się. Napady zdarzają się po parę razy na dzień, a choć