Strona:Żółty krzyż - T.II - Bogowie Germanji (Andrzej Strug).djvu/260

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


porządnie zdenerwowany... ale bo też trafiła go niewiarogodna przygoda... Ha — ha — ha! Van Trothen, oskarżony o szpiegostwo, ha — ha — ha!... Aresztowany przez starego przyjaciela... Ha — ha — ha!
— Nareszcie, Boże miłosierny — nareszcie! Jestem uratowany! Abbegglen, biorę za świadka tu obecną panią Evę i zapisuję ci cały mój majątek. Komuż mam go zostawić, jak nie temu, który...
— Ostrożnie, dyrektorze, poco te komplimenty?
— Evo, pan Abbegglen jest jednym z najmężniejszych żołnierzy tej wielkiej wojny, gdzie tylu mężnych... To więcej, niż iść do ataku w ogień huraganowy... To gorzej, niż wisieć na aeroplanie na trzy tysiące metrów wśród pękających szrapneli... On włazi w paszczękę samemu djabłu! Pogardza śmiercią i to jaką śmiercią... Wszystko dla honoru i przyjaźni...
— Dyrektorze, co sobie pomyśli pani Evard?
— Podziękuj mu, Evo, albowiem to w nim objawił się nasz Deus ex machina, cud filmowy! Już on przypilnuje mojego demona, może go nawet we mnie zdusi. A jeżeli nie da mu rady inaczej, to nie zawaha się i zamorduje i mnie samego — i dobrze zrobi. Popatrzno w jego dobroduszne oczy, spojrzyj na tę zacną gębę i, że tak powiem, głupowatą — i nie daj się uwieść pozorom. Ten się nie zawaha...

W pewnych godzinach w ciągu ostatnich dni Evę napastował przykry niepokój, chwilami przemie-