Strona:Żółty krzyż - T.II - Bogowie Germanji (Andrzej Strug).djvu/250

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


w „Simplicissimusie“ w serji swoich małych obrazków... Ale zapominam się... Bardzo panią przepraszam! Przykro to być pierwszym, który oznajmia złą wieść...
Eva już się opanowała, uśmiechnęła się swobodnie.
— Z generałem rozstaliśmy się dość oryginalnie, gdyby nie to, podziękowałabym mu za ten wybryk gorliwości. Wyświadczył mi zapewne wbrew woli wielką usługę.
— Pani jest okrutnicą!
Van Trothen snuł się po salonie, przystawał to tu to tam, zatopiony w myślach i zdawał się zapominać o gościach. Pokazywano go sobie nawzajem oczami ze współczuciem, szeptano, jutro miał być przewieziony do sanatorjum Hansa Schönowa w Zehlendorfie pod Berlinem. Doktór Olympius, stary przyjaciel, który zamieszkał z nim dla opieki, zaczął wyprawiać gości, prosząc, by wynosili się nieznacznie po jednemu, bez żadnych pożegnań. Eva podniosła się pierwsza, lekkim uśmiechem i jednem skinieniem głowy pożegnała całe towarzystwo i wyszła. Panowie zaczęli się unosić nad tym uśmiechem i nieznacznym ruchem głowy.
— Co za wdzięk, co za czar!...
— Jakaż kobieta potrafi wyrazić tyle w jednym geście...
— To wyuczone przed lustrem...
— Przenigdy nie dojdzie się do tego żadną