Strona:Żółty krzyż - T.II - Bogowie Germanji (Andrzej Strug).djvu/251

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


sztuką! Czy to mało znamy uroczych gwiazd, a cóż ich cały kunszt przy jednym półuśmiechu Evy?
— Fenomenalna kobieta... Ach, panowie, kobieta... Kobieta... Cóż to za kobieta!...
— Redaktor przypuszcza, że nas trzeba o tem przekonywać? Każdyby chciał...
— Co ona może dać człowiekowi w miłości!... Ach, moi drodzy, to przechodzi wszelką wyobraźnię...
— Zapytaj się pan generała Sittenfelda... Znacie się tak dobrze.
— Ciekawy byłbym, jak to było z tem rewolucyjnem książątkiem. Podobno cudowny chłopak?
— Eva Evard musiała go w cudowny sposób wprowadzać w kunszt miłosny, ach, gdyby tak bodaj przez dziurkę od klucza...
— Do djabła, daj pan spokój, bo ciarki biorą...
— Te wiadome ciarki sprawiły właśnie, że generał chwycił szczęśliwe bolszewiątko w swoje żelazne łapy.
— Potrzyma go i puści.
— No nie, już on się zaopatrzył doskonale w dowody, w świadków i tak dalej, kontrwywiad ma na wszystko swoje sposoby.
— Eva pochodzi trochę po wyższych szczeblach naszej berlińskiej drabiny i wyciągnie swego małego.
— No, Sittenfeld potrafi obronić swoją zdobycz, to jest wilk!
— Eva dobrze zna kogoś takiego, przed którym ten straszny wilk musi warować jak pudel.