Strona:Żółty krzyż - T.II - Bogowie Germanji (Andrzej Strug).djvu/248

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


odwiedzić ofiarę karygodnej lekkomyślności kliki wojskowej.
— Drogi przyjacielu, dziś w Niemczech nikt nie jest pewny jutra. Każdy z nas nie noszących munduru i długich butów jest podejrzany o zdradę ojczyzny, wojskowa sieć inwigilacyjna, rozbudowana do absurdu, potrzebuje swego usprawiedliwienia. Tysiące wyższych i niższych oficerów, aspirantów i feldfeblów znajduje tam najlepszą ochronę przed frontem...
Tajny radca z całą arogancją zajął miejsce przy Evie, zabierając krzesło posła Hundiusa, który nieopatrznie powstał był, aby powitać dygnitarza. Spożywał łapczywie wielką porcję fenomenalnego tortu i popijał gęsto. Jedząc, poglądał na Evę znacząco i kiwał nad nią głową z wyrazem ubolewania.
— Pan radca ma mi coś do powiedzenia?
— Ach, pani, chciałbym i ja wyrazić pani... Pani rozumie... Wobec tego nic nie powiem, ale niech pani wierzy...
— Nie rozumiem...
— Dobrze! Dobrze! Pomówmy o rzeczach weselszych. Van Trothen, ten tort jest chyba z prawdziwej mąki?
— I z prawdziwym cukrem, panie tajny radco!
— Jest to jednak wykroczenie... Obowiązany jestem z tytułu mego urzędu...
— Panie tajny radco, jeszcze porcyjkę — gotów jestem pójść za to do kozy, mam już wprawę... Nadmienię, że w tym torcie i jaja są prawdziwe, i masło...