Strona:Żółty krzyż - T.II - Bogowie Germanji (Andrzej Strug).djvu/245

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


siewa w portach Indyj, Australji, Afryki południowej... A nasze najnowsze krążowniki podwodne dotarły już do Ameryki.
— A jak było z temi szczurami? — Van Trothen, zlituj się, gdzie są twoje szczury?
— Narobił nam apetytu i zapomniał...
— Panowie, proszę nie przeszkadzać! — upominała ich surowo Eva, w strachu, że wciągną biedaka w jakieś niepoczytalne brednie.
— Nie zapomniałem, poczekajcie chwilę, będzie i o szczurach! Otóż klęska żeglugi światowej jest zupełna...
— Którędyż przybyła do Francji armja amerykańska?
— Około miljona ludzi! Armaty, konie, zapasy!...
— To rzecz inna, tu wchodzi w grę flota wojenna, eskortująca transporty... Zapytajmy lepiej, co dziś Anglicy jedli na obiad?
— Niech djabli wezmą Anglików! Ja jadłem pęcak na wodzie plus dziesięć gramów tłuszczu z niewiadomego świństwa!
— A ja brukiew z odżywczym proszkiem doktora Fidibusa. Bez chleba!
— Zapytajmyż, co dziś jedli na obiad w Anglji...
— Szczury?
— Więc to takie są twoje szczury? Van Trothen, jesteśmy rozczarowani!
— Całkiem nie jesteście rozczarowani, bo wszystko mi jedno co dziś jedli na obiad Anglicy, zato