Strona:Żółty krzyż - T.II - Bogowie Germanji (Andrzej Strug).djvu/234

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


nie ceremonjału pewnej przyzwoitości, trzeba było pozwolić generałowi wyzłościć się i wytargować, żeby mógł ulżyć swej radości z takiego obrotu sprawy.
— Owszem, Gutzner, niech będzie, że jest warjatem. Ale wypuścić go zaraz?
— Natychmiast, panie generale, zaraz wygotujemy rozkaz zwolnienia, pan generał podpisze i nasz motocyklista machnie się z tam do Moabitu. Z warjatami trzeba się śpieszyć, bo może zechce mu się jutro wymieniać nazwiska, wplątywać ludzi? Choć to będą ludzie niewinni, trzeba będzie prowadzić dochodzenia, sprawa się zawikła, nabierze rozgłosu i nie tak łatwo będzie ją skręcić. A tak, — da się komumunikat do prasy...
— Skręcić? Panie kapitanie, co za wyrażenie?!
— Przepraszam pana generała, chciałem powiedzieć — zlikwidować...
— I cóż dalej? co z nim zrobimy?
— Zapakuje się go do porządnego sanatorjum, niech się leczy. Choćby dla tego jednego trzeba, żeby za godzinę był wolny, van Trothen to porządny kochany człowiek, zachorował z nadmiaru wyobraźni, to się zdarza starym filmiarzom, poprostu udetrzył mu do głowy jakiś genjalny pomysł do filmu ze szpiegostwa wojennego.
— A wiesz, Gutzner, że to napewno nic innego! Gutzner, jesteś cwaniak i psycholog pierwszej klasy!
— Pan generał jest zanadto na mnie łaskaw...