Strona:Żółty krzyż - T.II - Bogowie Germanji (Andrzej Strug).djvu/233

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


na jego karjerze, w opinji publicznej będzie nazawsze ośmieszony, dość powiedzieć — szef szpiegostwa francuskiego przyjacielem szefa niemieckiego kontrwywiadu... Trzeba się będzie podać do dymisji, a bodaj że iść na front na podrzędne i tem bardziej niebezpieczne stanowisko... Wycofać się ze stosunków, stolicy pod przymusem śmieszności... Klęska.
Na ratunek pośpieszył niezawodny kapitan Gutzner. Dyskretny, milczący, od paru dni już rzucał na generała pytające spojrzenia, które czekały jeno na zachętę ze strony szefa. Wówczas dopiero kapitan przemówi. Szef rozumiał się na tem, ale jeszcze się wstydził zdradzać z najtajemniejszą myślą. Wreszcie na czwarty dzień od aresztowania van Trothena, gdy sam minister zażądał raportu w tej sprawie, niepodobna było zwlekać dłużej.
— Gutzner, chciałbym znać pańskie zdanie.
— Słucham, panie generale?...
— Co my mamy robić z tem świństwem?
— Nic nie robić, panie generale. Sprawa jest jasna jak słońce. Na mocy skrupulatnego badania protokułów zeznań van Trothena każdy lekarz wyda orzeczenie, że to warjat. Trzeba go jaknajprędzej wypuścić i już. Wszystko to śmiechu warte.
Generał był oburzony. Zagadał ostro, głośno. Uniósł się, obraził kapitana. Ten zniósł mężnie obrazę i obstawał przy swojem. Ponieważ rozmawiali we cztery oczy, nie wysilał się na zbyt obszerne umotywowanie swego stanowiska. Chodziło o wypełnie-