Strona:Żółty krzyż - T.II - Bogowie Germanji (Andrzej Strug).djvu/211

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


patrol za druty ośmieliłby się pan odpowiedzieć — niech za mnie pójdzie kto inny? Niechże się kochany kapitan opamięta!
Claude patrzał na swego gościa z taką piekielną nienawiścią, że Abbegglen zarechotał, trzęsąc brzuchem, i śmiał się dobrodusznie. Na swoje nieszczęście przesadził, śmiał się trochę za długo.
— Kpię sobie z pańskich pouczeń! I z pańskich rozkazów! Niech to pan zamelduje w Berlinie i w Paryżu!
Abbegglen wytrzymał ten wybuch i ciągnął dalej.
— A teraz o pańskich przesądach, których rzekomo pan nie posiada. Jest ich sporo. A więc — rozkaz na froncie i rozkaz, który przynosi moja skromna osoba. Doprawdy, panie kapitanie, tu niema różnicy. Przeze mnie rozkazuje panu ten sam Foch jako świeżo mianowany wódz naczelny armij sprzymierzonych i ten sam Pétain, wódz naczelny wszystkich żołnierzy francuskich, zarówno mój, jak i pański... Proszę mi dać dokończyć, wiem co pan chce powiedzieć, oto że szperanie w cudzych papierach i wykradanie dokumentów nie licuje z honorem oficera? A cóż pan tu robił przez cały czas? Pod fałszywem nazwiskiem, oszukując wszystkich, wykradał pan cudze tajemnice...
— Ależ nie o to idzie — była mowa o ordynarnem morderstwie!
— Ordynarne morderstwo... Chyba na froncie mordował pan znacznie ordynarniej! Poprostu trze-