Strona:Żółty krzyż - T.II - Bogowie Germanji (Andrzej Strug).djvu/210

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


dów, to pomówimy i o nich. Jak powiedziałem, obaj jesteśmy na froncie i to w pierwszej linji. Czy kochany pan kapitan, siedząc w okopach ze swoią kompanją, odpowiedziałby tak jak mnie na rozkaz dowódcy pułku? Nie. Rozkaz mógłby być wedle pańskiego najlepszego rozumienia zupełnie głupi, zgubny dla kompanji lub zgoła niewykonalny, kochany kapitan kląłby w duchu — ale posłuchałby bez żadnego oporu — prawda? Pan powiada, że polecenie z Paryża nie odpowiada istotnej potrzebie, że jest oparte na złych informacjach i tak dalej, a ja zapytam, skąd pan o tem wie? Co pan wogóle wie o zamiarach i źródłach informacyjnych co do broni chemicznej naszego naczelnego dowództwa, sztabu głównego, oddziału II-go i tak dalej? Czy to na panu kapitanie kończy się całe zagadnienie? Czy pan ma monopol na rozumienie sprawy? A może się pan właśnie fatalnie myli co do biegu odkryć niemieckich w dziedzinie broni chemicznej, a nawet co do samej osoby profesora Wagera? Nie można być tak zarozumiałym. A może oprócz kochanego kapitana mamy jeszcze kogoś w Ludwigshafen? W tem samem tajnem laboratorjum? W najbliższem otoczeniu profesora? Proszę się nad tem zastanowić.
— Dobrze, jeżeli jest ktoś taki, to dlaczego jemu nie każecie zamordować starego?
— Bo może jest teraz chory, może jest kobietą, a może nawet całkiem nie istnieje — wszystko jedno. Czy w okopach na rozkaz wyjścia nocą na