Strona:Żółty krzyż - T.II - Bogowie Germanji (Andrzej Strug).djvu/212

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ba dla celów natury idealnej usunąć potwora moralnego, którego samo istnienie zagraża setkom tysięcy niewinnych ludzi. Wsypie mu pan cośkolwiek do kawy, czy do piwa... Bez żadnych trudności, przy pierwszym lepszym obiedzie — a pan tam bywa codzień na obiadach? To potrafi każdy, widział pan chyba conajmniej ze sto razy, jak to robią w dramatach filmowych? Choć pan jest chemikiem i łatwo panu samemu spreparować coś takiego, przywiozłem panu komplet gotowych proszków. Są tam piorunujące, średnie i działające przewlekle, co pan woli, na każdej paczuszce znajduje się odpowiedni przepis. Trucizna jest tu jedynie wskazanym środkiem, chyba że kochany pan miałby inne pomysły?
— Nie mam żadnych pomysłów. Odmawiam wykonania tego łajdactwa! Nie wiedziałem, że przyjdzie mi odbierać rozkazy od zbrodniarzy.
— Łajdactwo... Zbrodniarze... Panie kapitanie, cała wojna jest jedną kolosalną zbrodnią i niema łajdactwa, które byłoby wykluczone ze sztuki wojennej — czyż pan o tem nie wiedział? Te i tym podobne brzydkie słowa to nomenklatura za normalnych pokojowych czasów. Mamy jeszcze jeden pański przesąd. Niech się kochany pan nie upiera, bo nic łatwiejszego, jak rozbić pańskie poglądy. Chyba, że pan się boi? Wiem, że to przykro słuchać oficerowi z frontu, ale może jednak tak właśnie jest? Tam był pan z pewnością bardzo mężny, ale tutaj... Proszę się nie gniewać, wszak musimy się porozumieć.