Strona:Żółty krzyż - T.II - Bogowie Germanji (Andrzej Strug).djvu/208

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


że jakiś nowy Żółty Krzyż jest wierutną bajką, a profesorowi włos z głowy nie spadnie. To wszystko — a teraz nie zatrzymuję pana, czyli proszę się wynosić.
Abbeggien posiniał. — Więc to tak?... Wszelkiemi siłami gniótł i tłumił w sobie wściekłość. Przez twarz dr. Helma przelatywały krótkie skurcze i drgania, a oczy stanęły w słup. — To jest grubo niebezpieczny neurastenik... Ten nas dopiero może urządzić...
Zagadał z dobrodusznym uśmiechem, poczciwie i niemal serdecznie. Tak człowiek starszy i doświadczony mówi do zapalczywego młodzieniaszka, gdy trzeba mu wybić z głowy jakieś głupstwo. Nie jak ojciec do krnąbrnego syna, bez żadnego nacisku i autorytetu władzy, ot, jak stary, poczciwy wuj do małoletniego siostrzeńca, który coś przeskrobał. Poczciwy wuj bez żadnej urazy jako osoba postronna dopomaga smarkaczowi do wybrnięcia z kłopotu...
— Widzę, że kochany pan nie ma czasu, to też zabiorę mu najwyżej dziesięć minut... W tym celu kładę oto przed sobą zegarek.
— Szkoda i dziesięciu minut. Nic innego pan ode mnie nie usłyszy.
— Wiem o tem i nie będę nastawał.
— Do mordowania ludzi przyślijcie tu jakiego draba, bylebym ja o tem nie wiedział.
— O tem niema mowy. Ale proszę posłuchać. Otóż posterunek tutejszy jest istotnie bardzo dener-