Strona:Żółty krzyż - T.II - Bogowie Germanji (Andrzej Strug).djvu/207

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Oho...
— Oraz całej cywilnej ludności Francji i Anglji, a w pierwszej linji obu stolicom. Ten szatan miał odkryć coś zaiste piekielnego, a Ludendorff zamierza podczas ostatniej ofenzywy ważyć się na wszystko. Lotnicy nieprzyjacielscy zarzucą pociskami z nowym gazem pas szerokości stu kilometrów poza frontem i tak dalej... Słowem, gotują się okropności, przechodzące wyobraźnię ludzką. Postanowiono zatem w Paryżu, z uwagi na horrendalne bestjalstwo tych już ujawnionych zamierzeń oraz z uwagi na przyszłe jeszcze niewiadome wynalazki Wagera — usunąć go raz na zawsze i to w najbliższych dniach. Dajemy panu na to tydzień czasu.
— Widzę, że pan jest naprawdę warjatem...
— Niech pan myśli o mnie co się panu żywnie podoba, przynoszę panu rozkaz i na tem koniec.
— I na tem koniec — słusznie pan powiedział, bo ja nietylko nie wykonam tego rozkazu, ale go nawet nie przyjmuję.
— Co to znaczy?!
— Nic z tego nie będzie! Niech pan się nie sroży, bo to zbyt śmieszne.
— Panie kapitanie, a ojczyzna? A dyscyplina? A honor francuskiego oficera?!
— Spełniam lojalnie wszystko, do czego się zobowiązałem. Niechno pan lepiej milczy o ojczyźnie i o honorze. Zresztą, co tu dużo gadać, odpowiedz pan komu należy, że podtrzymuję w całej rozciągłości informacje, zawierające się w moim raporcie,