Strona:Żółty krzyż - T.II - Bogowie Germanji (Andrzej Strug).djvu/209

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


wujący, szczególniej dla oficera z frontu. Pomimo to położył pan niespożyte zasługi, zwłaszcza nie wsypał się pan przez te kilka miesięcy, choć z pewnością był pan i jest jeszcze teraz pod ścisłą obserwacją. Z ową panią von Senden odegrał pan swoją rolę znakomicie, jeżeli udało się panu zwieść taką szczwaną i kutą szelmę. W istocie było to zbędne a nawet szkodliwe, ale wykazało w panu pierwszorzędny materjał na agenta dla misyj specjalnych. Potrafi pan wytrzymać zaskoczenie — rzecz bardzo trudna. Czyni to pan doskonale nawet wówczas, gdy to jest zupełnie niepotrzebne, tembardziej ma pan szanse sprostać realnej zasadzce, a takie rzeczy czyhają na pana każdego dnia i godziny. Dobrze, bardzo dobrze! Jednak pozwoli kochany pan, że, korzystając z naszego spotkania, nie pominę sposobności, aby zwrócić pańską uwagę na pewne pojęcia zasadnicze. Nie mam zaszczytu być wojskowym, ale od trzech lat służę na eksponowanym odcinku, na którym codzień zagraża mi szubienica.
— Do czego pan zmierza?
— Chcę powiedzieć tylko tyle, że będziemy z panem kapitanem rozmawiali na równej stopie. Wojskowi miewają czasami śmieszne uprzedzenia względem tak zwanych cywilów. Nieprawdaż? A armja jest integralną całością — obaj jesteśmy żołnierzami.
— Owszem, owszem... Ja nie mam żadnych przesądów... Niechże pan tak nie nudzi...
— Proszę posłuchać. Co do pańskich przesą-