Strona:Żółty krzyż - T.II - Bogowie Germanji (Andrzej Strug).djvu/204

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


naprzeciwko mnie po drugiej stronie tego właśnie stołu.
— Farsa! O ile się nie mylę, jest pan agentem kontrwywiadu i na mocy jakiegoś głupiego donosu kazano panu przyłapać mnie. Źle się pan zabrał do rzeczy.
— Proszę mi wskazać łaskawie jak się mam zabrać do pana, gdyż obawiam się, że za chwilę dostanę bzika.
— Pan chyba już ma bzika!
— To samo przed chwilą myślałem o panu.
Siedzieli, obserwując się nawzajem. Patrzy i na siebie z zawziętą złością. Abbeggien sapał, dr. Helm pogwizdywał jakąś niejasną melodję i czasami poziewał. Odrywali od siebie oczy i odpoczywali patrząc w okno. Gdy znów spojrzeli na siebie, zadrgało w ich rysach coś w rodzaju powstrzymywanego śmiechu.
— Panie Helm!
— Proszę?
— Dosyć tej szopy! Doprawdy nie należy przesadzać nawet w najlepszem! Jeżeli pan nadal będzie tak ostrożny, to z całej pańskiej misji zostanie sama ostrożność, a chyba nie poto jedynie odkomenderowano pana na tak doniosły posterunek?
W twarzy dr. Helma odbił się przymus i niczem nieosłonięte obrzydzenie. Spojrzał na zegarek — od pół godziny powinien był być u Rity. Hamował się, ale wydzierała się z niego wściekłość.
— Dobrze, niech pan gada. Kiedy inaczej już