Strona:Żółty krzyż - T.II - Bogowie Germanji (Andrzej Strug).djvu/203

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


w obranej roli. Abbegglen w rozpaczy po raz niewiadomo który sprawdzał w pamięci czy nie przeoczył przypadkiem jakiegoś uzupełnienia do haseł i znaków? Nie, przedstawił się zupełnie wyczerpująco. A więc van Trothen zapomniał o czemś i Francuz pedant zasłania się teraz tym niewypełnionym szczególikiem, choć każdy inny na jego miejscu i bez tego dodatku wiedziałby doskonale z kim ma do czynienia i nie utrudniałby pilnej sprawy. Jak go tu zażyć? Uśmiecha się zjadliwie i bierze całą rzecz lekko. A jednak tamtym razem przy analogicznem nieporozumieniu z Gretą von Senden, którą zresztą jakoby znał osobiście, już ją ciągnął do policji... Widać wówczas był w gorszym humorze. To jest chyba warjat.
— Eh hien, mon capitaine?
— Jeżeli pan jeszcze raz odezwiesz się do mnie po francusku, zatelefonuję po policję! Zrozumiane?!
— Niech będzie po niemiecku, ale proszę nie przypuszczać, że ja się obawiam policji. Chciałem powiedzieć, że pan w żadnym razie nie zadzwoni do policji.
— Dlaczego nie? Mogę to zrobić zaraz.
— Ani zaraz, ani później, ani nigdy, gdyż w podobnym wypadku zmuszony byłbym złożyć dowody, że dr. Ossian Helm nie istnieje na świecie i że takowego nigdy nie było w Ameryce.
— Ja nie istnieję?
— Tego nie mówię, pan kapitan Déspaix siedzi