Strona:Żółty krzyż - T.II - Bogowie Germanji (Andrzej Strug).djvu/192

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


wywczasów szkolnych w życiu luksusowem zdala od kul i frontowej poniewierki? Nawet trzej bliscy ludzie, towarzysze partyjni z mojego plutonu, nie mogli mie zrozumieć i namawiali, bym nie robił tego głupstwa, gdyż jako oficer mogę czynić dużo dobrego dla żołnierzy. Zapewne... Jednak póki trwa wojna a ja żyję, nie zgodzę się zanic wejść do kasty oficerskiej, nie chcę bodaj formalnie i w najmniejszej części ponosić odpowiedzialności za zbrodnię rozkazywania w tej wojnie. Nie opuszczę masy żołnierskiej, wraz z nią wszystko wycierpię i doczekam końca...“

„...Gdy pomyślę, że za kilka dni przypada druga rocznica wybuchu wojny, mąci mi się w głowie. Jak mogłem wytrzymać i znieść te straszliwe dwa lata? Czem się to dzieje, jakim cudem, że zniósł to świat? Snać przywykliśmy obaj do tego stanu rzeczy i świat i ja — ale to jest właśnie niepojęte. Wojna kryje w sobie niezgłębioną tajemnicę, może w dalekiej przyszłości, gdy wymrze nasze pokolenie, jakiś genjalny psycho-socjolog, patrząc wstecz w tę epokę, znajdzie wyjaśnienie obłędu narodów i da mu nazwę. My, uczestnicy i współcześni, już jesteśmy nawskroś przeżarci specyficzną psychozą, gubimy się w zagadnieniu i nawet najbardziej przenikliwi z nas mogą się tylko zdumiewać — i to coś znaczy, gdyż wszyscy inni tak dalece pogodzili się z wojną, że już nie zdołają wyobrazić sobie ani siebie i czasów z przed dwuch lat, ani tego, że kiedyś nastąpi wreszcie ko-