Strona:Żółty krzyż - T.II - Bogowie Germanji (Andrzej Strug).djvu/188

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


gryzmolonych w pośpiechu ołówkiem? Wreszcie zginął...
Po roku brat zmarłej matki, wuj Niemeyer wręczył mu paczkę listów Kurta, pisanych z frontu i przesyłanych przez urlopowanych kolegów — bez cenzury wojskowej. Długo się męczył zanim zajrzał do tych papierów, które syn nie przeznaczał dla niego — był urażony, rozgoryczony, lękał się odnowić dawny ból, który już zaskrzepł był i stępiał. Wreszcie odważył się...
Odtąd był z synem nierozłączny. Była to wspólnota burzliwa, pełna sporów. Kurt, jakby czując swoją przewagę nad ojcem, jako umarły, zdawał się wykorzystywać przywilej mogiły. Odbierał mu odziedziczone we krwi zasady, niezłomne przez całe życie. Podkopywał się podstępnie i wyważał z fundamentu ugruntowaną wiarę, wyszydzał to, co było zawsze święte. Bronił się stary ojciec, ale jakże trudno było walczyć ze zmarłym... Zachwiał w nim wszystko zuchwały syn, burzyciel starego świata — socjalista. Nie zdołał go przerobić na swoją wiarę, ale zabrał mu to, czem się trzymał w życiu, obrabował starego ojca bez miłosierdzia.
Wypadło to w okresie, gdy olbrzymie zamierzenia tajnego radcy, potentata broni chemicznej, zostały uchylone przez ministerstwo wojny, przez I.O. — centralę związków przemysłu chemicznego, i wreszcie w ostatniej instancji, przez boga wojny — pierwszego generał-kwatermistrza Ludendorffa. Epokowe odkrycie, niesłychany przewrót w wojnie chemicznej,