Strona:Żółty krzyż - T.II - Bogowie Germanji (Andrzej Strug).djvu/18

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


samego progu roztoczył wrzawę tubalno-jowialnego gadulstwa, grzmiącego śmiechu, nowinek paryskich, anegdot. Jego poczwarna angielszczyzna, ogromny brzuch i naiwna poczciwość zburzyły powagę konferencji. Podpułkownik d’Arland wypoczywał. Wreszcie, wypaliwszy pierwszego papierosa, stary uspokoił się, zamilkł, uczynił się urzędowy.
— Dobrze, że zastałem tu pana generała, mam pewną sprawę, ale ściśle poufną — dodał, rozejrzawszy się wokoło.
Oficerowie angielscy i francuscy powstali.
— Tak, tak, moi panowie, pan generał pozwoli swoim odejść na małą chwilkę, nieprawdaż?... Pan tłumacz również, ruszaj sobie chłopcze, ja cię zastąpię jako tako.
Generał Dubreuil starał się mówić szeptem, ale jego nieposkromiony bas sprawiał, że głos jego rozlegał się grzmiąco z tą tylko zmianą, że dudnił głucho, jak gdyby generał wlazł do beczki. Na szczęście drzwi od poczekalni były szczelnie obite grubym materacem. Generał przerzucał się z francuskiego w osobliwą swoją angielszczyznę i co chwila porykiwał śmiechem. Na wielkiem, czerwonem obliczu jaśniał tryumf.
Wreszcie wydobył i okazał, trzymając wysoko w dwóch palcach, niewielką zmiętoszoną kartkę, zapisaną szczelnie po obu stronach drobniutkiem pismem szyfru.
— Co to jest?