Strona:Żółty krzyż - T.II - Bogowie Germanji (Andrzej Strug).djvu/170

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ziewnął, wydobył z kieszeni maleńką paczuszkę i rozwijał ją z papieru, a ręce mu się trzęsły. Otworzył okrągłe pudełeczko, wziął szczyptę białych kryształków i zażył chciwie. Wciągał głęboko ten specyfik, w skupieniu, przymknąwszy oczy, brzydko siąpając nosem. Greta aż podskoczyła na ławce.
— Daj i mnie! Choć odrobinkę...
— Proszę.
Siedzieli dalej w milczeniu, czekając na rozkoszną chwilę, gdy troski, żale, bóle, ciężar i sromota życia, i pamięć, i nieznośne dzisiaj i niepewne jutro zaczną się zasnuwać białą mgłą. Roztworzy się inny świat a w nim godzina pełni i wolności, której nie zazna człowiek ani przez wysiłek woli, ani przez mądrość, ani przez cnotę. Na godzinę wróci polot młodości i nadzieja, wszyscy ludzie stają się dobrzy i piękni — na godzinę. Pierwsze drobiny błogosławionej trucizny już przenikają do mózgu, do pajęczej tkaniny nerwów, już toczą i rozrywają łączność z prawdziwością zjawisk — usypiają przeklętą świadomość. Lekki, przejrzysty sen przysłania kształty życia i ucisza jego odgłosy...
Greta przemówiła pierwsza jakimś innym głosem, zadźwięczała w nim świeżość, zadrgały jakieś dawne tony, von Senden ocknął się i słuchał chciwie, nieprawdaż — tym głosem mówiła do niego kiedyś ona, ta która sczezła i gorzej niż umarła — jego ubóstwiana Greta.
— Gdzie są moje listy, pisane na front — już po tem? Oddaj mi je, nie chcę, żeby się poniewierały