Strona:Żółty krzyż - T.II - Bogowie Germanji (Andrzej Strug).djvu/169

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


wszystko djabli wzięli i nigdy już o tobie nie myślę. Zapomniałem, jak i ty.
— Jednego nie zapomniałam, nigdy nie zapomnę — mojej krzywdy. I ja o tobie nie myślę, a gdybym nawet pamiętała, to dość mi było spojrzeć na ciebie — teraz... Ha — ha...
— Tak, Greto, wyglądam nieosobliwie, jestem ciężko chory, inwalida...
— I pijak!
— Owszem, popadłem w nałóg, tem się dobijam, jestem człowiek stracony i to przez ciebie, ale już mi wszystko jedno.
— Nieprawda! To tyś mnie zgubił!
— Greto, nie będziem się prawować, co tam już teraz... Powiedzmy sobie, gdyby nie wojna...
— Niechże będzie przeklęta, ale i ty bądź przeklęty, zły, zawzięty człowieku!
— A skąd ta moja złość i zawziętość?
— Nie wiem! Nie wiem! Jakiż ty byłeś dla mnie dobry...
— Byłem, tak, owszem. Było i przeszło, a w międzyczasie dwa lata frontu. Policzno Greto: od Charleroi do Marny i z powrotem — Argonny. Potem Ypres i cała zimowa kampanja flandryjska, dalej Reims, Chemin des Dames, a dalej na dobicie Verdun, no i Somma... To trzeba zrozumieć...
— Cóż mi z tego, że zrozumiem?
— To prawda.
Zamilkli, nie mieli o czem mówić. Von Senden