Strona:Żółty krzyż - T.II - Bogowie Germanji (Andrzej Strug).djvu/168

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


lony, spóźniony. Von Senden pobladł, a piętna pijackie wystąpiły jaskrawiej. Jeszcze raz podnieśli na siebie oczy i natychmiast umknęli ze spojrzeniem — o czemże mieli mówić? Oboje przeklinali siebie nawzajem i ten ślepy, najgłupszy traf, który ich ze sobą zetknął. W obojgu sercach, w ich tajemnej głębinie poruszyła się jakaś rozpaczliwa nadzieja, a i on i ona zdeptali ją natychmiast szyderczym śmiechem — co za farsa!... Otrząsali się ze wspomnień, które zaroiły się nieposłusznym tłumem i ogniem żarły dusze. I cóż dalej?...
— Tyś wszystkiemu winien... Ta twoja przeklęta duma męska, mężowska!... A ja głupia, po stokroć głupia, żem nie utaiła... Stąd nasza zguba... Nie mogłeś zrozumieć, przebaczyć?
— Kiedym umierał w mękach, przez wybuch francuskiej miny po szyję zagrzebany w ziemi, przebaczyłem ci, Greto, w obliczu śmierci. Ale odkopali mnie i wyżyłem — niech już zostanie po dawnemu. Naco ci moje przebaczenie?
— Ja niczego od ciebie nie żądam! Ale wówczas... Ileż razy pisałam na front... Krwią i łzami... Zawziąłeś się za jeden jedyny błąd — teraz mnie masz... Jeżeli chcesz, to ci o sobie opowiem... Haha!...
— Nie powiesz o tem ani słowa, ja nie chcę!
— Strach ci usłyszeć jak twoja żona, która nosi twoje nazwisko...
— Greto, mnie to naprawdę nic nie obchodzi,