Strona:Żółty krzyż - T.II - Bogowie Germanji (Andrzej Strug).djvu/161

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


i jako artystka, ceniąca w człowieku wyrazistość rysów i charakter całej postaci. Jedna jedyna wada... Na ukochanem obliczu Sèrge’a nigdy nie widziała uśmiechu. Zawsze był poważny, skupiony. Posępnie patrzały piękne oczy. Tak samo w roztkliwieniu miłosnem, jak wówczas gdy żartował lub prawił koncepty.
— Dlaczego ty nigdy się nie śmiejesz?
— To niepotrzebne.
— Jakto, zawsze byłeś taki dziwny? Nigdy się nie śmiałeś?
— Owszem, dawniej mi się zdarzało. Ale od pewnego czasu jakoś zapomniałem o śmiechu.
— Dawno?
— Może od roku, może mniej.
— To przez rewolucję!
— Może przez rewolucję, może nie — sam nie wiem.
Trudno było do tego przywyknąć, zwracała mu na to uwagę, zmuszała go do śmiechu, ale gdy jeden jedyny raz jej usłuchał i usiłował się roześmiać, ogarnęło ją przerażenie. Na twarz wypełzło mu coś nieopisanie przykrego, jakgdyby zdradziła się w nim jakaś okropna tajemnica, ukryta na samem dnie duszy. Z tym przymuszonym uśmiechem stał się zupełnie inny, obcy, nawet odpychający... Evę zdjął strach, ona, mistrzyni fizjognomiki, znająca wszystkie tajniki, odcienie, przeobrażenia i niespodzianki w grze ludzkiego oblicza, długo rozważała zjawę tej strasznej maski, którą na ukochaną