Strona:Żółty krzyż - T.II - Bogowie Germanji (Andrzej Strug).djvu/160

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


łaców, teatrów, pierwszorzędnych kawiarni. Jechali tramwajem lub koleją obwodową w dalekie dzielnice, wysiadali na pierwszej lepszej stacji i zagłębiali się w labirynt ulic, uliczek, zbaczając naoślep na prawo, na lewo i krążyli godzinami zatopieni w sobie. Dziwili się, gdy im zastąpiła drogę Sprewa, nieoczekiwana w tem miejscu, lub nieogarnione ciemne pole Tempelhofu, albo gdy dowiedzieli się od przechodniów, że są w Rixdorf lub w Charlottenburgu. Miło było zabłądzić i nie wiedzieć, gdzie się jest, miło było wstąpić do najnędzniejszej piwiarni na szklankę nędznego wojennego piwa lub do brudnego trzeciorzędnego kina, między ubogą gawiedź. Serge twierdził, że to są dopiero ludzie rzetelni i że do nich należy przyszłość świta, cóż że na teraz palą tani tytoń, jeszcze się nie kąpią, a gdy się ich zbierze więcej w jednem miejscu — śmierdzą. Zato niemaj wśród nich fałszu i krzywdy, które cuchną w zapachu perfum i w jedwabnych szelestach dystyngowanego tłumu. Eva zgadzała się na wszystko.
Sèrge zażądał, żeby na te wycieczki ubierała się skromnie, czyniła to, ale i tak wszędzie, gdzie się zjawiła, zwracała na siebie uwagę. Utrzymywała, że to on właśnie przez swoją urodę i postawę jest przedmiotem podziwu, choć ubiera się niedbale aż do przesady. W rzeczywistości oboje tworzyli parę, która w żadnem środowisku nie mogła ujść uwagi, zdawali się oboje należeć do nieznanej, obcej, wyższej rasy. Eva ubóstwiała urodę swego młodzieńczego kochanka, zachwycała się nią jako kobieta