Strona:Żółty krzyż - T.II - Bogowie Germanji (Andrzej Strug).djvu/140

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Cóż, mogę to zetrzeć... Za drzwi? Mogę i za drzwi...
Wstał posłusznie, pochylił się i zupełnie dokładnie starł swoją nieprzyzwoitość.
— Dlaczego pan udaje i gra przede mną jakieś komedje? Niech pan będzie sobą...
— Sobą? Od roku tępię w sobie moją kniaziowską przeszłość, pańskie nawyczki, głupie maniery, grzeczne słowa, tę całą obłudę, którą wyniosłem z domu rodzicielskiego. Ale to jeszcze głupstwo. Trudniej wyżyłować ze siebie jad arystokratycznej tak zwanej kultury — naprzykład głupi przesąd jakiegoś honoru. Albo średniowieczne pojęcia o czci dla kontrrewolucyjnych rodziców. Czy pani wie, że kiedy wyprowadzano na rozstrzelanie mojego ojca nie mogłem się opanować, i odwróciłem się, żeby nie patrzeć? Słyszę, mówi ojciec: — Żegnaj, Serge, mój jedyny synu. W ostatniej mojej godzinie zdejmuję z ciebie ojcowskie przekleństwo, żyj, jeżeli zdołasz... I czy pani sobie wyobrazi, że słysząc to, potajemnie uczułem ulgę, że nie ciąży już nade mną ojcowskie przekleństwo?
— A cóż się stało z ojcem?!
— Oczywiście, zaraz go rozstrzelali. To był uporczywy białogwardzista, generał lejtenant świty Jego Cesarskiej Mości.
— Ależ pan jest straszny człowiek! Potwór! Ile pan ma lat?
— Za miesiąc skończę dziewiętnaście lat — ale w ciągu tego roku przeżyłem conajmniej ze dwa-