Strona:Żółty krzyż - T.II - Bogowie Germanji (Andrzej Strug).djvu/139

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Nazawsze, ja mam wytknięty program na całe życie.
— Jaki pan śmieszny!
— To pani mnie ogłupiła, bo ja jestem zupełnie inny. Kiedy tu wszedłem, odrazu... Jak tu powiedzieć... Jednem słowem... Możebyśmy lepiej mówili po angielsku? Po francusku? Jeżeli pani umie? Bo, jak pani widzi, jakoś mi całkiem nie idzie...
Uderzył pięścią w złocony stoliczek, przy którym siedział. Spadła tanagryjska figurynka zakwefionej kapłanki i rozbiła się. W irytacji splunął aż na środek saloniku i zaklął rdzennie po rosyjsku, słowami, które właśnie przed paru miesiącami zostały pod karą więzienia zakazane specjalnym dekretem Centralnego Ispołkomu.
— Panie Uchmatow, pan ma przy sobie chustkę do nosa?
— Proletarjusz dzięki nędzy i ciemnocie często nie miewa chustki do nosa, ale ja przypadkowo mam. Naco ona pani potrzebna?
— Niech pan natychmiast zetrze to miejsce! A jak nie — pójdzie pan zaraz za drzwi!
Bolszewicki kniaź nie wytrzymał nakazującego spojrzenia Evy Evard, znanego na całej kuli ziemskiej. Uginali się pod niem egzotyczni monarchowie („Tron za Miłość“), zakamieniali bandyci nowojorscy („Zemsta Parkera Kose Oko“), nawet dzikie zwierzęta, wąż boa i lampart w „Kapłance Shivy“.